Gabi znalazła na ziemi kawałek zaschniętej ciastoliny zupełnie maleńki, centymetrowy.
Wzięła go do rąk i z przejęciem powiedziała: mama popatrz dzidzia!
Później chodziła z tym kawałkiem, całowała go, przytulała, aż wreszcie schowała do kieszeni.
Po jakimś czasie przybiegła przejęta i od nowa zaczęła mi prezentować swoją dzidzię, dokonują wszelkich koniecznych rytuałów.
W którymś momencie dzidzia najwyraźniej coś przeskrobała bo Gabi na nią dobitnie krzyknęła: Dzidzia! Nie! Później przytuliła i pocałowała.
Dzidzia dostała kolację i syropy.
Niestety dzidzia była mała i zaginęła ( a dokładnie rozsypała się w pył, jak to z ususzoną ciastoliną bywa), co wywołało straszny płacz, gdy Gabrysia przypomniała sobie o niej przy zasypianiu.
Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu Gabi spokojnie przyjęła tłumaczenia zdesperowanej mamy, że dzidzia pojechała do groty solnej.
Do dziś gdy Gabi pyta o dzidzię, odpowiada sama sobie – mama dzidzia soj.
